Dlaczego nie wszystkim lekarzom należą się podwyżki? Bo nie tylko oni dostają za mało. Jednak często ( nie zawsze i wyraźnie zaznaczam to w tym miejscu) nie pracują oni tak jak powinni. W zasadzie lekarze od pewnego czasu dzielą się w Polsce według poniższego schematu:
- Ci, którzy zostali bo są szanowani, płaci się im dużo i dzięki temu jakoś im się w naszym kraju żyje.
- Ci, których szanuje się mniej, lub nie szanuje się w cale. Harują straszliwie a kasę z tego mają prawie żadną a jednak mimo wszystko starają się, do każdego pacjenta podchodzą z troską, opiekują się, interesują. Tacy również są okej. Jednak istnieje również trzecia grupa, czyli…
- Cwaniaki. Grupa wywodząca się z polskiej mentalności. Nie wyjechali z kraju bo tak jak grupie pierwszej, jakoś im się żyje, jednak najczęściej kosztem zwykłych obywateli. Nie wiadomo czy to dobrze czy źle, że zostali. Niby dalej mataczą w polskim piekiełku, jednak nie umacniają reszty Europy w przekonaniu, że polak to cwaniak, hochsztapler i inne trudne słowa.
Mama trafiła niestety na przedstawiciela grupy trzeciej. Nie mam prywatnego prawnika, więc pominę nazwisko, bo jeszcze się okaże, że to ja jestem tym złym. Ale po kolei.
8 listopada mama, z zawodu przedszkolanka, udała się do publicznej przychodni, by odbyć umówioną wizytę u lekarza specjalisty. Państwowego lekarza, pracującego w tym czasie na państwowych godzinach. Lekarz według rozkładu dnia miał pojawić się na stanowisku pracy o 14, więc mama przyszła godzinę wcześniej, by być jedną z pierwszych osób w kolejce.
Pierwsza niespodzianka: Pani doktor przybyła do gabinetu o 14:40, wymawiając się tym, że przyjeżdża z Janowa ( a przychodnia nieopodal śródmieścia stoi ). Wyobraźmy sobie teraz, że tak spóźniona przychodzi do pracy nauczycielka, policjant, bankowiec, prawnik, informatyk, sekretarka, no ktokolwiek! Czterdzieści minut spóźnienia usprawiedliwione długim dojazdem! Pierwszy raz jechała do pracy?!
Druga niespodzianka: Mama odczekała swoje. Pierwszy pacjent wszedł, pozostał w czeluściach lekarskiego gabinetu kilka minut i wyszedł. Mama, jako druga osoba w kolejce podeszła do drzwi, które pani doktor zamknęła jej przed nosem.
Trzecia niespodzianka: Czemu nie mogła przyjąć czekającej ponad godzinę mamy? Rozmawiała w tym czasie przez telefon, co dostrzegła mama wychodząc zirytowana, nie czekając na swoją kolej.
Po pierwsze: Na grzeczne pytanie mamy: „Czy nie wiedzą panie o której przychodzi pani doktor, bo na 15:00 muszę być w pracy?”, pani z recepcji odpowiedziała „Ależ ona przyjeżdża z Janowa!”. I co z tego?! Idąc dalej tropem przedszkolanek, mama ma w pracy koleżanki przyjeżdżające z Zawiercia, Pszczyny, Sosnowca, Mikołowa. Żadna z nich nie wyobraża sobie, że ta druga spóźnia się do pracy ponad pół godziny! Rodzice a tym bardziej koleżanki urwałyby jej głowę!
Po drugie: Traktowanie pacjentów jak bydło. Pani doktor, gdy już się pojawiła, bez słowa minęła ludzi i weszła do gabinetu. Zero wytłumaczeń, nawet głupiego przepraszam. Potraktowała ludzi w stylu: „Co się będę tłumaczyć, nie chcą niech nie przychodzą.”. Gdzie szacunek dla ludzi urywających się z pracy by przybyć na wyznaczoną godzinę? Zabieganych, zaganianych, często pracujący stokroć ciężej szarych obywateli?!
Koniec tyrady. Miały być retoryczne pytania zaczynające się na „Jakim prawem?”, ale ich nie będzie. Przecież sami też je sobie zadacie.