Wróciłem. Wróciłem z Gdańska. Miasta pięknego (ekhm…) polskiego morza bałtyckiego, szybkich kolejek międzymiastowych. Z miasta, którego mieszkańcy nie mogą się nudzić. Jest Jarmark Dominikański, tworzący nietypową XXI -średniowieczną atmosferę. Z miasta w którym każdy może zarobić, o ile ma coś do zaoferowania gdańskim turystom. Z przykrością trzeba stwierdzić, że wróciłem z miasta-odpustu…
Stary poczciwy Neptun, stojący w centrum miasta powitał nas zapachem wprost z rynsztoka. Dobra, wprost z Toi-Toya. Wiecznie zamkniętej, wiecznie zapchanej, wiecznie śmierdzącej publicznej toalety jak to ma miejsce w Gdańsku. Miasto usiane zamkniętymi na kłódkę kiblami jak plaża w Normandii zasiekami w czasie operacji Overlord. Nadzieja na znalezienie owej budki otwartej minęła w raz z pół godzinnymi poszukiwaniami takowej po powrocie z Gdyni. A niestety Gdańsk nie należy do wyjątków jeżeli chodzi o kolejny idiotym związany z naszym pięknym krajem. Wszędzie w Europie toaleta publiczna = darmowe pomieszczenie (POMIESZCZENIE nie budka) w której za darmo można skorzystać z WC. Wszędzie, tylko nie w Polsce. Jak już się znajdzie taką, to trzeba za nią zapłacić. Pół biedy jeżeli trzeba zapłacić 50 gr lub złotówkę jak w Katowicach. Ale 2 zł. za to, że zamiast pod drzewem kulturalnie załatwie swoje potrzeby w ubikacji to chyba delikatna przesada… I na litość! Kto stawia Toi-Toye w miejscu, które jest symbolem miasta. Tłumy turystów biją ulicą Długą, by sfotografować się na tle pomnika Neptuna. A co stoi za nim? Dwie niebiesko-białe budki, które swoim zapachem odstaraszają potencjalnych turystów. Kompletna klapa.
Druga rzecz to ludzie, zbierający pieniądze na ulicy. Punkt dla Gdańska, że w porównaniu do Katowic są to ludzie, którzy mają coś w zamian do zaoferowania. Robią coś nietypowego, trudnego dla zwykłego człowieka, krótko mówiąc Coś za Coś. Jednak straż miejska (urząd miasta?) przesadza pozwalając ludziom rozkładać stragany z tandetą na wspaniałej i niegdyś klimatycznej ulicy Długiej. Po jaką cholerę stoi na niej czterech czy pięciu ludzi sprzedających targową tandetę - Myszkę Miki i Minnie tańczących do rytmu muzyki granej z jakiegoś magnetofonu? Po co “Długiej” facet robiący (tandetnie, trzeba zaznaczyć, jak to stwierdziły moje młodsze znajome) tatuaże z henny? I wreszcie, po co te żywe pomniki? Owszem, pan w niebieskim garniturze i czerwonym kapeluszu to dla mnie hit. Świetnie przygotowany do roli “pomnika” strój. W dodatku tak jak “Pan kominiarz”, skądinąd również dobrze komponujący się w klimat ulicy Długiej, potrafi stać nieruchomo naprawdę dłuuuugi czas. Ale dwójka gówniarzy (właśnie, na oko byli w moim wieku, a tacy chyba mogą pracować choćby fizycznie zamiast kalać fantastyczny pomysł “Żywych pomników”) przebrana w jakieś odblaskowe stroje, tandetnie i nieudolnie kopiująca Pana Kominiarza a także Ireneusza Krosnego to coś co niszczy cały wizerunek ulicy Długiej, misternie tworzony w umysłach zwiedzających ją turystów.
Gdańszczanom zazdroszczę za to Samorządu Miejskiego. Tego, który co roku organizuje Jarmark Dominikański, który co i rusz urządza koncerty, zaprasza na swoja scenę zarówno stare, nie znane młodszym pokoleniom zespoły, ale także te nowsze znane w całej Polsce. Gdyby w Katowicach chcieli tak jak chce się urzędnikom w Gdańsku…
Ogólnie pobyt w Mieście Neptuna można zaliczyć do udanych. Fakt, że plaże to w 90% piasek, 5% szkło a w pozostałej ilości różne inne odpadki. Fakt, że morze Bałtyckie to brunatno zielona breja w której boję się nurkować by nie wyjść z niej zatruty sinicą. Ale to nie wina aktywnych gdańskich urzędników, a tych, którzy tam na górze ( w rządzie oczywiście ) robią z naszej ukochanej ojczyzny wesołe miasteczko, za które przyjdzie nam za niedłguo słono zapłacić. I jak tu kończyć posta optymistycznym akcentem? Posta, to miała być krótka notka a wyszedł felieton, tak więc pamiętajcie o prawach autorskich
Na koniec dawno nie prezentowany screen z FAKE-BUG-MISTAKE na jakby nie było obleganej przez internautów stronie, na którą liczy wielu, nie tylko grających w zakładach bukmacherskich.
